12. Koniec już blisko


Wiosna zbliżała się wielkimi krokami obejmując swoimi szerokimi ramionami niewielkie miasteczko Riesgotruth. Pierwsze złociste promyki słońca rozświetlały swoim blaskiem okoliczne dachy, a delikatne podmuchy wiatru kołysały gałęziami drzew, roztaczając wokół kojący zapach rodzącego się życia.

Tego dnia jednak padało. To co jeszcze rankiem było niewinnymi kroplami uderzającymi równomiernie o brukowane uliczki, przekształciło się po południu w rozległe kałuże odbijające ponury nastrój przesłoniętego czarnymi chmurami nieba. Strugi deszczu spływały po świeżo umytych szybach obserwując zniekształcone twarze gospodarzy, a silny wiatr rozwiewał unoszący się w powietrzu tak długo wyczekiwany spokój. Niebo płakało.

Tylko jeden człowiek zdawał się być całkowicie nieświadomy przygnębiającej aury, jaka dopadła miasteczko. César Valdés drzemał w fotelu z odchyloną do tyłu głową, pochrapując delikatnie wśród szumu padającego deszczu. W dłoniach trzymał talerzyk z niedojedzoną tartą, który powoli lecz nieubłaganie wymykał się z rozluźniających się coraz bardziej palców. I dopiero kiedy straciły one przyczepność, a resztki ciastka rozsypały się na drewnianej podłodze, César Valdés otworzył oczy.

Początkowo nie wiedział, gdzie się znajduje ani dlaczego śpi w ciągu dnia. Dopiero po paru sekundach, kiedy to ze zdwojoną siłą powróciło do niego poranne przeczucie, wszystko sobie przypomniał. Domyślając się, że podczas długiego rozpamiętywania zmorzył go nieoczekiwany sen wstał i, ignorując bałagan u stóp, przeszedł przez gabinet nalewając sobie kieliszek ulubionego wina, po czym na nowo zasiadł w fotelu. Bawiąc się od niechcenia kieliszkiem obserwował kołyszący się leniwie krwistoczerwony trunek, zastanawiając się, ile czasu upłynie zanim znajdą jego pozbawione życia ciało. Wiedział, że wybiła jego godzina. Z chwilą kiedy Francisco López wyciągnął z rzeki półżywą Carlę Sorrón, a stojąca na przeciwległym brzegu postać skierowała na niego swoje spojrzenie, wiedział, że jego dni są już policzone. Siedem osób. Nie mniej, nie więcej. Ostatnie, siódme miejsce musi zostać zapełnione. Tylko wtedy zamknie się krąg i tylko wtedy Riesgotruth odzyska dawno utracony spokój.

Kostki zostały rzucone i nie sposób zmienić ich położenie. Ucieczka byłaby niczym więcej, jak odwlekaniem tego, co nieuniknione, a on był zbyt zmęczony i zbyt stary, żeby tego dokonać. Dlatego został w domu, w swoim ukochanym domu, otoczony znajomymi przedmiotami, wdychając uspokajającą woń cennych książek. Niewiele jednak zostało z jego pokaźnej kolekcji. Przez ponad dwanaście lat funkcjonowania księgarni sprzedał większą część dzieł, te zaś, które pozostały rozdzielił w testamencie między cztery zaprzyjaźnione biblioteki i dwóch najserdeczniejszych przyjaciół: Francisco i Santiago. To właśnie im podarował najcenniejsze skarby przechowywane przez lata na dnie kufrów z dala od ciekawskich spojrzeń klientów. Kariera sprzedawcy rzadkich książek dobiegła końca.

Spojrzał mimochodem na zegarek. Była szesnasta trzydzieści. Już blisko, bardzo blisko. Za parę godzin Francisco López zawita z wieczorną wizytą, lecz zatrzyma się przed uchylonymi drzwiami, przez które wcześniej wyślizgnie się tajemniczy mężczyzna, niknący na zawsze w strugach lodowatego deszczu. Wtedy to Francisco z bijącym mocno sercem przekroczy próg domu nawołując imię właściciela, na które ten nigdy nie odpowie. Wiedziony instynktem skieruje się do gabinetu oświetlonego jedynie niewielką lampką, rzucającą nikłe światło na stojący naprzeciwko fotel. A kiedy na miękkich nogach podejdzie do niego, na jego dobrodusznej twarzy odmaluje się przerażenie, a w oczach pojawi się ból straty. I upadając na kolana zapłacze nad skurczonym w fotelu ciałem przyjaciela, nie przejmując się wsiąkającą w ubranie krwią zmieszaną z czerwonym winem wypływającym z rozbitego nie tak dawno kieliszka. Po długim czasie podniesie się na nogi, a wtedy jego wzrok skieruje się na biurko i leżący na nim testament, i w jednej chwili zrozumie, że on, César, był przygotowany. Domyśli się, że spędził ostatnie godziny życia pogrążony we wspomnieniach, tracąc poczucie czasu i rzeczywistości. Domyśli się, że popijając wino usłyszał dźwięk otwieranych drzwi i rozbrzmiewające przy akompaniamencie deszczu miękkie kroki zatrzymujące się w drzwiach gabinetu. Być może domyśli się, że mężczyzna stał obserwując dłuższą chwilę siwą czuprynę wystającą zza oparcia fotela, po czym skierował się powoli w jej stronę, nasycając powietrze odorem śmierci. Domyśli się, że po miesiącach poszukiwań zobaczył przed sobą twarz człowieka odpowiedzialnego za popełnione zbrodnie, twarz człowieka, którego tożsamość pozostanie ukryta już na zawsze. Nie będzie jednak wiedział, że wpatrywał się bez cienia strachu w stalowe oczy swojego oprawcy, zanim rozległ się stłumiony strzał i świat pogrążył się w ciemności.

KONIEC

Credit: https://pl.pinterest.com/pin/665406913665690003/

Komentarze