Prolog



Kiedy César Valdés otworzył oczy w niedzielny poranek w swojej przestronnej sypialni w centrum Riesgotruth wiedział, że to się stanie dzisiaj. Jeszcze zanim całkowicie się przebudził mógł wyczuć duszącą woń śmierci unoszącą się w powietrzu, osiadającą na jego chudej klatce piersiowej, wpełzającą do nozdrzy i rozchylonych ust. Wiedząc, że wkrótce nadejdzie nieuniknione, rozciągnął powoli stare kości, rzucając przelotne spojrzenie na antyczny zegar zawieszony tuż nad mahoniową toaletką. Była dziewiąta piętnaście. Nakładając pantofle wstał z łóżka, czując ostry ból w krzyżu i, nie przejmując się falą zawrotów głowy, jaka go nagle ogarnęła, podszedł do owalnego lustra w bogato zdobionej ramie. Spojrzała na niego pokryta zmarszczkami twarz o jasnych, zamglonych oczach, zadartym nosie i zapadniętych, nieco bladych policzkach. Sięgające ramion siwe włosy były splątane po całonocnym śnie, co w połączeniu ze staroświecką, szmaragdowozieloną koszulą nocną, nadawało mu wygląd nieco zbzikowanego staruszka. Kontemplując jeszcze przez chwilę swoje lustrzane odbicie, skierował kroki do łazienki, po czym odświeżony zaparzył sobie filiżankę mocnej, czarnej kawy i zszedłszy do niewielkiego gabinetu zasiadł w wysokim fotelu, przegryzając ulubioną tartę z wiśniami. Słuchając porannej audycji radiowej zaczął rozmyślać o wydarzeniach, które doprowadziły do owej nieszczęsnej sytuacji, w jakiej się, nie bez swojej winy, znalazł.
Właśnie tu, u kresu życia, César Valdés wrócił do czasów, kiedy był tylko zwykłym sprzedawcą rzadkich książek.

Komentarze